• Adam Ruda-Rożniakowski

Kanapka do szkoły

Przełykając kolejny kęs kanapki naszło mnie wspomnienie i pewna refleksja, którą się z Wami podzielę.

Jeśli w Twojej historii rodzica spotkało Cię coś podobnego opisz to w komentarzu pod postem promującym ten tekst na AleksandrowOnline Fb.

Kiedy przed laty moja starsza córka poszła do szkoły żona, jak przystało na idealną matkę wstawała odpowiednio wcześniej żeby zrobić jej pyszne drugie śniadanie do szkoły. To nie mogło być zwykłe drugie śniadanie, musiało być wyjątkowe i idealne. Stąd listek rukoli nie mógł wystawać dalej poza skórkę niż przepisowe 5 milimetrów.

Każda kanapka była inna, kolorowa i pyszna, do tego mały deserek zawsze zrobiony samodzielnie, najczęściej z pokrojonych owoców oraz oczywiście herbata z cytryną i miodem lub nasz domowy sok malinowy.

Tak się składało, że w tych pierwszych miesiącach to ja najczęściej odbierałem córkę ze szkoły. Zaglądanie do plecaka szybko stało się moim rytuałem, albowiem córka z wysokim poziomem socjalizacji szybko zdała sobie sprawę, że najważniejszym zadaniem ucznia w szkole na przerwie jest udać się do sklepiku po absolutnie badziewne, słodkie chińskie coś.

W ten oto sposób stałem się głównym konsumentem jakże pysznych kanapek żony.

W kolejnych tygodniach znajdując się w rozterce życiowej między uświadamianiem szanownej małżonce, żeby darowała sobie te kanapki, a ich popołudniową konsumpcją przemogłem się i zdecydowanie bardziej zacząłem sugerować co by jednak te 30 minut później zrywała się z łóżka. Każdy mężczyzna wie, jak niebezpieczne jest to zadanie. Zbytni radykalizm może kosztować w skrajnym przypadku odstawienie od najprzyjemniejszych potrzeb mężczyzny.

Jakoś tak stało się samo z siebie, że coraz to częściej kanapki zaczęły wpadać w ręce szanownej małżonki, ale ta poza delikatnym utyskiwaniem pod nosem „najlepszej matki na świecie” nie potrafiła zaakceptować, że jej kanapka, w którą wkłada całe swoje serce może przegrać z toksycznym, chińskim żelkiem.

Któregoś dnia jednak coś pękło, nie mam odwagi ogłosić, że poskutkowały moje uwagi, raczej zadziałała spleśniała kanapka w szufladzie znaleziona pomiędzy zeszytem od religii, a podręcznikiem.

Padło sakramentalne zdanie: „Nie jesz moich kanapek! Dobrze, więcej Ci nie zrobię!”.

Serce matki zakrwawiło kiedy wypowiadała te słowa.

Nikt w domu, ani ja, ani obie córki nie wierzyły w tą zapowiedź, tym bardziej zszokowani obserwowaliśmy przebieg poranka. Mama nie zrobiła kanapki, dziecko wychodząc dostało w rękę jabłko i drzwi się za nim zatrzasnęły!

3 godziny lekcyjne później... do „najlepszej matki na świecie” będącej w pracy dzwoni telefon.

Żona podnosi wzrok na wyświetlacz, a tam „wychowawca Amelii” i numer. To taki moment, w którym u każdej „najlepszej matki na świecie” pojawia się wizualizacja dziecka bez ręki, bez nogi, albo całkiem bez głowy.

W pośpiesznie odebranym połączeniu zgłasza się Pani wychowawczyni:


- "Dzień dobry Pani, ja tak dzwonię tylko informacyjnie, że córka taka smutna siedziała na przerwie w klasie, dzieci jadły kanapki, a ona nic nie miała, postanowiłam więc kupić jej pączka w sklepiku, żeby nie była głodna. Wiem, że to ze względu na pracę bywa trudne, ale prosiłabym żeby jej jednak robić jakąś kanapkę”.


Świat „najlepszej matki na świecie” runął.


Jeden raz, jeden, nie zrobiła jej kanapki do szkoły, bo dziecior ich nie zjadał i akurat w ten dzień, ten jeden dzień musiała zagrać swoją oskarową rolę smutnej „dziewczynki z zapałkami”!

Dziś dziecior wychodząc do liceum dostał pyszną kanapkę, w jednym pudełeczku świeżo wykonaną mini sałatkę Cezar, a w drugim pokrojone mango i idealną herbatę z cytrynką w termosiku.

Połykam ostatni kęs kanapki... wyjętej z plecaka młodszej córki, uśmiechając się na te wspomnienia. Starsza córka nie przynosi kanapek do domu, skorzystała z rady kochanego tatusia:

- "Jeśli nie zjesz kanapki karm nią kolegów w klasie, zobaczysz jak szybko się od nich uzależnią, a Ty będziesz mogła powiedzieć, że mężczyźni już jedzą Ci z ręki".


Po tamtym telefonie nikt w domu nigdy nie miał odwagi uświadamiać „najlepszej matce na świecie”, że nie ma sensu robić śniadania dziecku do szkoły.

Muszę też przyznać, że niezmiennie od lat kanapki są cudownie smaczne.