• Adam Ruda-Rożniakowski

Patrzę w górę

Przyznaję, że od kilku lat czuje się, jak grany przez Leonardo DiCaprio dr Randall w ostatniej scenie filmu, główny bohater filmu "Nie patrz w górę". Ten sam schemat, czy to dotyczy zarządzania gminą Aleksandrów Łódzki, czy zarządzania Polską podczas pandemii, czy obserwując przebieg kryzysu ukraińskiego - tylko aktorzy innego kalibru.


"Mając do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli także." - Winston Churchill




Za wojnę na Ukrainie odpowiedzialność ponosi Kanclerz Merkel i Republika Federalna Niemiec. Przez lata skrywane ambicje RFN powoli uzewnętrzniają się w jawnych strategiach politycznych zakładających unifikację obszaru Unii Europejskiej pod przewodnictwem Berlina. Nie ma w tym nic dziwnego, bo takiego obrotu sprawy należało się spodziewać wobec słabości Francji i wystąpienia Wielkiej Brytanii z EU, która to od wieków starała się równoważyć sytuację na kontynencie.

Mając na uwadze globalizację, stworzenie państwa europejskiego na wzór unii północnoamerykańskiej (a nie, jak dziś konfederacji niepodległych państw nazywanej Unią Europejską), wydaje się logicznym kierunkiem.

W Polsce, która obiektywnie niedawno odzyskała niepodległość celem przynależności do najbogatszego rejonu świata jest wzrost zamożności obywateli i ogólny rozwój gospodarczy przy jednoczesnym zachowaniu prawa do samostanowienia i prawa do kształtowania własnej polityki zagranicznej, w szczególności w obszarze Europy Środkowej i Wschodniej. Rozwój gospodarczy ostatnich 30 lat w Polsce jest na rękę i niesie korzyści wszystkim państwom wokół, idące za tym rozwojem ambicje samostanowienia i kreowania polityki środkowoeuropejskiej już nie. Niemcy po trudnym okresie zjednoczenia przechodzą w etap ekspansji politycznej, pozycję i autorytet na arenie międzynarodowej buduje od zawsze rozwój gospodarczy, który Niemcy osiągają poprzez konsolidację prawną obszaru europejskiego, wspólną walutę i asymilacje kolejnych fal imigracji. Do kolejnego skoku cywilizacyjnego Europa pod przewodnictwem Niemiec potrzebuje zasobów naturalnych, w tym energii. Paradoksalnie żeby osiągnąć neutralność klimatyczną i niezależność energetyczną od źródeł kopalnych potrzeba tychże źródeł i to Rosja dziś jest dostawcą tych zasobów. Rosja jednak wystawia żądania, które dla Niemiec (podobnie zresztą też dla Francji) nie są wygórowane. Tym żądaniem jest prawo do terytorium, które w świadomości wszystkich opisywanych stron są naturalnie przynależne Rosji. Do tego obszaru należy Ukraina, Białoruś i Środkowa Azja od Kazachstanu po Afganistan, linia sporu może być gdzieś na granicy Gruzji, która jest traktowana zarówno przez Turcję, jak i Iran jako strefa buforowa oraz obszar inflantów, ale o te rejony nikt dziś ani w najbliższych latach kopii kruszyć nie będzie dlatego, że zainteresowane strony wyciągnęły wnioski z historii i chcą współpracy, a nie bezproduktywnych sporów.

Problemem w zacieśnianiu współpracy Niemiec i Rosji kolejny raz w historii staje się Polska. Silnie zdominowana gospodarczo przez zachodniego sąsiada od 6 lat rządzona jest przez konserwatywno-nacjonalistyczne środowiska przysparzające ciągle nowych problemów. Obecnie rządzący dostrzegając odniesienia historyczne do obecnej sytuacji próbują szukać rozpaczliwie wsparcia swoich ambicji w obszarze anglosaskim, który targany wewnętrznymi i międzynarodowymi problemami próbował dotąd mniej lub bardziej, bez względu na wynik wyborczy ignorować te sygnały.

Fundamentem konfliktu na linii Warszawa Berlin jest status obszarów na wschód od Polski. Trochę z nostalgii historycznej, ale przede wszystkim z pragmatycznych względów precyzyjnie ujętych w strategii Piłsudskiego zależy nam, by Ruś nie zjednoczyła się. Obecne rozbicie dzielnicowe w historii naszych wschodnich sąsiadów nie jest niczym wyjątkowym, podobnie jak niczym wyjątkowym są bratobójcze wojny. Putin przez lata, właściwie to dekady próbował politycznie zjednoczyć Rosję, w większości przypadków poszło mu to świetnie, północny Kaukaz zdławił w morzu krwi, o czym z łatwością wszystkim przyszło zapomnieć, w międzyczasie bezkrwawo zdominował powstałe z rozpadu ZSRR państwa środkowoazjatyckie, na końcu Białoruś jest już niepodległa tylko z formalnego punktu widzenia, a zdestabilizowana Gruzja, która nie panuje nad swoimi granicami, upokorzona cierpliwie czeka na ostateczny cios.

Ździebko niepokorna Ukraina, która mimo kolejnych batożeń podnosi głowę prowokując absurdalnie do kolejnego ciosu jest solą w oku nowego Cara Rosji.

W Warszawie w tle światopoglądowych wojenek POPiSu emocje wzbudzają propozycje europosłanki Spurek o zakazie wędkarstwa i reklam mięsa. Polacy w oparach surrealistycznych zakazów pandemicznych skupiają się na rozkradaniu resztek z rzekomo bezzwrotnych dotacji unijnych, a patrzący na to z góry sąsiedzi z uśmiechem pod nosem układają mapę Europy. Na mapie tej nie ma Ukrainy i Białorusi, to jest Rosja. W pełni akceptuje to Berlin i Paryż.

Polska stoi nie od dziś przed bardzo ważną decyzją, czy dalej udawać ślepca, milczeć i zajmować się zbieraniem okruszyn spadających z unijnego stołu, czy jednak sprzeciwić się sytuacji, co w oczywisty sposób wywoła drastyczne konsekwencje gospodarczo -polityczne. Poprzez „sprzeciwić się” mam na myśli powiedzieć jasno Berlinowi, że będziemy umierać za Ukrainę. Nikt nie chce umierać, żaden polityk nie chce powiedzieć swojemu narodowi, że idziemy na wojnę. W sytuacji, w której jesteśmy dziś nie jesteśmy jako kraj po raz pierwszy. Wystarczy podstawowa, elementarna wiedza historyczna. Ciężko jest wytłumaczyć społeczeństwu, które lekcje historii spędzało na tanim winie, albo generując social emotki, że w 1921 roku i w 1938 też staliśmy przed taką samą decyzją. Oczywiście można przytoczyć więcej przykładów, bardziej odległych, ale te dwa idealnie pasują. Brytyjczycy w 1938 i 1939 również pokazali lekcje historii, której wydaje się, że nie chcemy dziś odrobić my Polacy, ani nikt w Europie. Dlaczego? Boimy się. Ostatnie dwa lata pandemii nauczyły wielu złych ludzi, z jaką łatwością przychodzi manipulować społeczeństwem. Idealnie stan rzeczy oddaje najnowszy film „Nie patrz w górę”, jakby to absurdalnie nie zabrzmiało ten fabularny film opowiada dlaczego nie jesteśmy tam gdzie być powinniśmy mimo, że wszyscy to wiemy.

W Polsce od lat obserwuję patos cierpienia i wyższości, jaki serwujemy naszym wschodnim sąsiadom, na który te same środowiska nie stać wobec Niemiec. Mówię tu o wypominaniu Ukraińcom Rzezi Wołyńskiej, która niewątpliwie była obrzydliwym czynem, bezspornie ludobójstwem. Tyle, że całe to okrucieństwo było tylko epizodem hekatomby jaką sprawili nam Niemcy i Rosjanie przez okres rozbiorów, I i II Wojny Światowej, ale im w twarz z taką wściekłością i zapiekłością nie wypominamy, mimo że nie zadośćuczynili nam za oranie fundamentów naszego państwa przez dwa wieki.

Piłsudski widział zagrożenie i mówił o nim w 1921 roku, mówił że brak buforów bezpieczeństwa w postaci niepodległej Białorusi i Ukrainy szybko skończy się kolejną konfrontacją z Rosją. Polskie społeczeństwo zmęczone latami konfliktów i widzący to koniunkturaliści nie chcieli iść na kolejną wojnę, byli ukontentowani wchłonięciem zachodniej Ukrainy. Piłsudski miał rację, przekonaliśmy się o tym we wrześniu 1939 roku. Dziś to wiemy, uczymy się o tym w szkole, mimo to nie mamy odwagi społecznej wziąć na siebie odpowiedzialności, większość z nas wychodzi z założenia, że traktaty nas ochronią, dbając za wszelką cenę o pokój dziś, na kolejne pokolenie zrzucamy cierpienie, które sami nie chcemy przyjąć. Kto z Was pamięta, że 1938 roku Rzeczypospolita przyłączyła się do rozbioru Czechosłowacji. Przez dziesięciolecia politycy i historycy roztrząsali, jakim to błędem był brak wsparcia dla Czechosłowacji, faszystowskie Niemcy nie były w stanie w 1938 roku prowadzić skutecznej wojny z małą, ale dobrze wyposażoną armią Czechosłowacji w połączeniu z armią Rzeczypospolitej i wsparciem Wielkiej Brytanii, ale Neville Chamberlain (przy udziale również rodziny królewskiej) patrzył w dół zamiast w górę. Polska stanęła wówczas w jednym rzędzie z III Rzeszą i żadne naleciałości historyczne nie mogą być jakimkolwiek tłumaczeniem zajęcia w 1938 roku Zaolzia. W Środkowej Europie idąc tym tokiem myślenia wszyscy mogą mieć roszczenia do wszystkiego, bo ktoś komuś coś kiedyś zabrał. Tak długo, jak nie pozbędziemy się tych chorych narodowych sentymentów, tak długo nie będziemy w stanie zbudować niczego, nawet utrzymać własnej państwowości. Polska nie ma być liderem Trójmorza, ale silnym partnerem dla mniejszych. Inaczej nigdy Czesi, czy Litwini nie pomyślą o unii z Rzeczypospolitą skoro na podobnie złych warunkach mogą wybrać unię z dużo silniejszą Republiką Federalną Niemiec. Ostatni spór o Turów jest takim niedopuszczalnym błędem, za który należałoby rozstrzelać kilku decydentów w Warszawie. Małe państwa Trójmorza potrzebują zdecydowanie więcej szacunku od nas niż my oczekujemy od otaczających nas mocarstw. Realizując tą myśl osiągniemy dużo więcej niż arogancją zaprezentowaną przez PiSiorską dyplomację. Wdawanie się w absurdalne konflikty z mniejszymi i słabszymi nie może przynieść żadnych korzyści, a może wywołać jedynie upokarzające sytuacje takie, jak zafundowali nam właśnie Czesi.

Ukraina dziś potrzebuje pomocy, nie symbolicznej, ale takiej żeby bez względu na konsekwencje i wydarzenia w przyszłości nikt nigdy więcej nie był wstanie złamać przyjaźni obu naszych narodów. Mamy prawo mieć żal za Wołyń i nie wolno o tym zapominać, nie wolno przemilczać, podobnie jak kilku wieków dominacji polityczno-kulturalnej szlachty koronnej na Ukrainie. Kolejny raz w historii stoimy w sytuacji wyboru, albo poniesiemy dziś trudne do wyobrażenia konsekwencje wsparcia niepodległości Ukrainy, albo za kilkanaście, kilkadziesiąt lat nasze dzieci i wnukowie poniosą dużo wyższe koszty sojuszu rosyjsko-niemieckiego. Państwo pośredniczące między tymi mocarstwami jest zbędne i są dziesiątki scenariuszy w perspektywie XXI wieku żeby przywrócić w tej części Europy XIX-wieczną „stabilność”.

Od 30 lat cieszymy się najdłuższym od wieków okresem bez wojny i w pełnej prosperity gospodarczej, mamy prawo czuć się bezpiecznie będąc w NATO i UE, możemy zajmować się sporami na poziomie problemu praw kilkuprocentowej mniejszości LGBTQ+ albo zakazie korzystania z fajerwerków w sylwestra. Czas na przebudzenie się minął, bo bez względu na to co stanie się jutro lub za tydzień trzeba pamiętać, że mamy na wschodzie duże państwo, które po latach upokorzeń ma ambicje mocarstwowe i silnego lidera, któremu fizycznie kończy się czas, a który chce postawić swój pomnik obok Piotra I i jest to możliwe tylko jeśli zjednoczy ziemie po rozpadzie ZSRR. Z rosyjskiego punktu widzenia dziś jest najlepszy moment, nigdy dotąd nie było lepszego. Zachodni świat jest pochłonięty próbą wyjścia z kryzysu wywołanego pandemią, na walkę z którą zdefraudował niewyobrażalną wartość zasobów, czytałem ostatnio, że tylko 10% środków przeznaczonych na walkę z pandemią wystarczyłoby do zlikwidowania problemu głodu na Ziemi! USA są słabe jak nigdy, podzielone wewnętrznie, ośmieszone całą serią przegranych konfliktów po 11 września 2001 roku: Irak, Syria, Libia, w końcu Afganistan.

Europa (patrz:Niemcy) już w Protokołach Mińskich pokazała zgodę na współczesny układ monachijski, czym zachęciła do aneksji Krymu i obecnych wydarzeń. Polska jest sparaliżowana koniunkturalnością większości elity politycznej pragnącej za wszelka cenę zachować status quo dla pokolenia gówniaków marzących o nieistniejącym już dziś liberalnym kapitalizmie Zachodniej Europy. Putin byłby tchórzem niegodnym swojej dotychczasowej opinii gdyby w obecnej sytuacji zwinął wojska i zajął się obserwowaniem przygotowań do meczu piłkarskiego Polska-Rosja. Zwróćcie uwagę, bo umyka to wielu, żądania Rosji są absurdalne: „Ukraina ma mieć zamkniętą drogę do NATO”. Przyjęcie Ukrainy do NATO jest niemożliwe już od 2014. Żadne państwo nie może rozpocząć procesu akcesji jeśli ma nieuregulowane granice. Rosja o ten stan już dawno zadbała. Putin dziś patrzy tylko w jedną stronę, na Pekin, tam zdecydują się losy Ukrainy, jako elementu całej układanki trwającego już konfliktu ChRL z USA. Jeśli Chińczycy uznają prawo Rosji do aneksji Ukrainy i ocenią, że ten konflikt przyniesie im więcej korzyści niż strat, chociażby zmuszając USA do większego zaangażowania w Europie kosztem południowo wschodniej Azji to nie przyłączą się do groźby sankcji i tym samym skala tych Zachodnich będzie mniej istotna. Chiny mogą jednym gestem sparaliżować Rosję i zagwarantować Europie pokój uznając, że stabilność największego rynku zbytu ich towarów jest kluczowa w okresie wychodzenia z kryzysu. Tylko to administracja Demokratów z Bidenem publicznie przeciągała Rosję na swoją stronę w wojnie gospodarczej z Chinami nawet kosztem Nord Stream 2. Chińskie poparcie aspiracji Rosji dziś w zamian za wsparcie przy aneksji Tajwanu byłoby niską ceną wartą do poniesienia. Nie ma stanowiska Chin i trudno uzasadnić to dyplomatyczne milczenie tylko skupieniem na igrzyskach.

O nieprzewidywalności duszy rosyjskiej napisano setki doktoratów, może nawet tysiące. Nawet wybitnym politologom, specjalistom i znawcom Rosji trudno przewidzieć najbliższe wydarzenia. Scenariuszy jest wiele. Z pewnością nie należy wyciągać wniosków obserwując kilka kropek, bo bez cofnięcia się w historyczne tło nie sposób zobaczyć kształtującego się obrazu przyszłości. Moim zdaniem atak na Ukrainę nie nastąpi jutro, jak od tygodnia ogłaszają Amerykanie, Putin uszanuje igrzyska, na których Rosji oficjalnie nie ma, ale to gest dla Xi Jinping’a, atak nastąpi w pierwszym tygodniu marca. Rosyjskie czołgi na zdjęciach satelitarnych grzeją silniki rzekomo w związku z wycofywaniem się do baz, ale pozorny ruch wojsk wg specjalistów wojskowych to najlepszy sposób na maskowanie ostatnich przygotowań do ataku.

Czy największym zaangażowaniem Europejczyków będzie infantylna nakładka na profilówkę?

PS

Ostatnio wiele było o wsparciu militarnym dla Ukrainy, rzekome 200 mln dolarów od USA to jakbyś idąc ulicą dał głodnemu człowiekowi na zakup bułki 20 groszy i zrobił sobie przy tej okazji sweet focie z obdarowanym.

Niemiecka minister obrony Christine Lambrecht ujawniła, że RFN dostarczy Ukrainie 5000 wojskowych hełmów. Niemiecka polityk określiła tą decyzję jako "bardzo wyraźny sygnał: "Stoimy po waszej stronie" - podała agencja DPA. To zajebista ewolucja w polityce wschodniej Niemiec na przestrzeni 600 lat. Te hełmy to zdecydowanie lepiej niż 2 nagie miecze.


Gdyby ktoś wierzył w wiarygodność traktatów i bezpieczeństwo Polski to warto sobie przypomnieć memorandum budapesztańskie z 1994 roku...